Przejdź do treści

02.08.2026 · Homilie

Homilia — XVIII Niedziela Zwykła, 2 sierpnia 2026

„Gdy Jezus to usłyszał, oddalił się stamtąd łodzią na miejsce pustynne, osobno”

Drogie Siostry i Bracia w Chrystusie Panu!

Zacznę od zdania z dzisiejszej Ewangelii, które zwykle przelatuje nam koło uszu, bo zaraz potem dzieje się coś dużo bardziej efektownego – rozmnożenie chleba. A jednak to zdanie jest kluczem do reszty: „Gdy Jezus to usłyszał, oddalił się stamtąd łodzią na miejsce pustynne, osobno” (Mt 14, 13).

Co usłyszał? Wieść o śmierci Jana Chrzciciela. Herod kazał go ściąć z kaprysu, przy uczcie. Jezus nie zwołuje tłumów, nie wygłasza przemówienia. Wsiada do łodzi i płynie na miejsce puste. Sam.

Zatrzymajmy się dziś przy tym geście, zanim dojdziemy do chleba i ryb – bo mówi on coś, co łatwo przeoczyć: samotność, ta chwila „osobno”, nie jest u Jezusa słabością ani ucieczką od obowiązków. Jest czymś, czego On – Syn Boży – najzwyczajniej potrzebował.

Samotność, która nie jest karą

Ten obraz powraca w Ewangelii częściej niż moglibyśmy się spodziewać. Jezus nad ranem, gdy jeszcze było ciemno, wstawał i szedł na miejsce pustynne się modlić. Robił tak stale – to nie epizod, tylko rytm Jego życia. Tłum i pustynia. Działanie i cisza.

Jeśli sam Bóg-Człowiek potrzebował samotności, żeby rozmawiać z Ojcem, to nie jest ona stanem awaryjnym, który trzeba jak najszybciej naprawić towarzystwem, telefonem, telewizorem. Jest warunkiem głębi. Kto nigdy nie bywa sam, nie usłyszy tego, co słychać wyłącznie w ciszy.

A my? Samotności najczęściej się boimy, zanim zdążymy ją poznać. Uciekamy w telefon, w hałas włączony gdzieś w tle – jakby cisza sama w sobie była wrogiem. Czy naprawdę problemem jest samotność? Czy raczej to, że nigdy się na nią nie zgodziliśmy?

Warto rozróżnić dwie rzeczywistości. Jedną jest osamotnienie – rana, doświadczenie odcięcia, bycia niechcianym. A drugim jest samotność przyjęta – miejsce spotkania: ze sobą, z drugim człowiekiem, z Bogiem. Cała trudność w tym, żeby z pierwszego przejść do drugiego.

Anna Kamieńska, poetka, która latami pisała o żałobie po nagłej śmierci męża, mówiła o tym prosto: że samotności trzeba wewnętrznie się zgodzić, żeby móc ją wypełnić – pracą, wysiłkiem, miłością, modlitwą. Ta zaś samotność, na którą się nie zgadzamy, nie da się niczym wypełnić. Zostaje pusta, choćbyśmy ją zagłuszali najgłośniejszą muzyką świata – i jest ona OSAMOTNIENIEM, dziurą, pustką.

Jezus w dzisiejszej Ewangelii zgadza się na swoją samotność. Nie ucieka od żałoby po Janie – wchodzi w nią, płynie na miejsce puste, staje wobec Ojca sam na sam ze swoim bólem.

Łódź dobija do brzegu, a tam czeka już tłum – ludzie, którzy poszli pieszo wzdłuż wybrzeża, żeby Go dogonić. Jezus miał prawo się zirytować, powiedzieć: dziś akurat potrzebuję być sam. Ewangelia mówi co innego: wyszedł, ujrzał wielki tłum i zlitował się nad nimi.

To sedno tego, co Kamieńska nazywała zgodą, a nie ucieczką. Zgoda na samotność nie oznacza rezygnacji z ludzi. Kto oswoił własną ciszę, wraca do innych nie bardziej zamknięty, tylko uważniejszy. Mniej głodny – więc zdolny nakarmić. Jezus wychodzi z tej łodzi napełniony, nie wyczerpany i dlatego starcza Mu serca, żeby dostrzec głód tłumu, zanim ktokolwiek poprosi o chleb.

Zatem samotność i wspólnota nie są konkurentkami. Są jak wdech i wydech – jedno bez drugiego się dusi.

I wtedy przychodzi cud, o którym mówi się najwięcej, choć – jak widać – to nie początek historii, tylko jej owoc. Pięć chlebów i dwie ryby to nic wobec pięciu tysięcy głodnych ludzi. Ale Jezus bierze ten skromny zapas, spogląda w niebo, błogosławi – i starcza. Starcza z nawiązką, dwanaście koszy zostaje.

Nawet na pustyni – a pustynia w Biblii to zawsze miejsce próby i samotności – Bóg zastawia stół.

Co z tym zrobić w tym tygodniu? Nie proponuję rekolekcji w pustelni. Wystarczy kilka minut dziennie: bez telefonu, bez słuchawek, bez radia, muzyki, wiadomości, żeby zagłuszyć swą pustkę wewnętrzną. Może zatem spacer bez celu, kilka minut w pustym kościele po drodze z pracy, kawa wypita przy oknie zamiast przy ekranie.

Na początku będzie trudno – umysł, odzwyczajony od ciszy, podsunie sto pilnych powodów, żeby wstać. To normalne. Ten opór nie jest znakiem, że robimy coś złego – jest znakiem, że dotykamy czegoś ważnego.

I zapytajmy się szczerze, jak Jezus w tej łodzi: co niosę dziś do mojej samotności? Żal, zmęczenie, zranienie, niepokój? A może to zaproszenie, żeby wreszcie usiąść i przestać uciekać.

Święty Paweł pyta retorycznie, kto może nas odłączyć od miłości Chrystusa i odpowiada: nikt i nic – ani utrapienie, ani prześladowanie, ani żadne inne stworzenie (por. Rz 8, 35.37-39). To znaczy również: żadna samotność. Nawet ta najgłębsza nie oddziela nas od Boga. Przeciwnie – to właśnie tam, w ciszy, w którą nikt inny nie wchodzi, Bóg czeka najcierpliwiej, bo nikt Go tam nie zagłusza.

Jezus wsiadł dziś do łodzi sam, z żalem po stracie bliskiej osoby. Wrócił z sercem pełnym współczucia i chlebem, którego starczyło dla tysięcy. Może i wasza cisza, ta, przed którą tak długo uciekaliście, wcale nie czeka, żeby was pochłonąć. Czeka, żebyście wreszcie usiedli i pozwolili sobie by usłyszeć swoje serce. Amen.

Podziel się: Facebook

Inne homilie

← Wszystkie homilie